25 Wrzesień 2017 17:30
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Chopin cz.1

      

5 lis., czw.

Rejs na Chpinie zaczął się o piątej rano
na lotniku Chopina. Uczniowie, ich rodzice,
kadra, ich rodziny.  Najpierw w swoich
prywatnych, rodzinnych grupkach, potem
połączenie się w grupę wyjazdową i wspólne
zdjęcie. Niewiele osób jeszcze się zna
ale jeszcze parę chwil i się poznamy.
Jeszce raz na chwilę do rodzin i idziemy
się odprawić.

Odprawa bagażu. Widać, że większość
prawie osiągnęła założone maksimum 23 kg.
Ja też. Nawet wiem jak. Miało być lżej
ale worek był całkiem spory więc na sam
koniec pakowania pomyślałem:
   "Wrzucę jeszcze jakieś koszulki.
    Może jeszcze jakąś bluzę?
    Jakaś taka leciutka kurtka też by się przydała.
    A, dorzucę jeszcze parę drobiazgów do
    zestawu <<młodego fizyka>> na lekcje"
Jak pomyślałem tak zrobiłem i 20 kg pękło.
U innych też tak mogło wyglądać.

Po odprawie społeczna grawitacja zaczęła
działać i pojawiły się zarodki grupek.
Z natury rzeczy znalazłem się wśród
kadry nauczycielskiej. Imiona zamiast być
zapamiętane przelatywały mi przez mózg
i wypadały. Ale zaraz pojawiała się
kolejna osoba i okazja na kolejną próbę
pamięci.

Potem spacer do bramki i wylecieliśmy
z Warszawy do Brukseli. Parogodzinne
czekanie na tamtym lotnisku było oczywistą
okazją do poznawania się. Kolejny lot był
już na miejsce, do Malagi.

Pierwsze uczucie po wylądowaniu na miejscu?
Jakżeby inaczej: lato, znów możemy poczuć lato!
Co za cudowna pogoda!

Przejazd autobusem do mariny w Maladze
a potem "spacer" na statek. Cudzysłów jak
najbardziej na miejscu - dopakowane do
górnego limitu worki dały się nam wszystkim
we znaki, może z bardzo nielicznymi wyjątkami,
Z przystanku do Fryderyka był może raptem
kilometr ale bagaż plus niespodziewany
powrót lata sprowadziły nas do parteru.
Wspólnymi siłami, pomagając sobie nawzajem,
widząc w oddali maszty z rejami doszliśmy
do żaglowca.

Dalej też nie było lekko bo natychmiast:
- zbiórka,
- powitanie przez kapitana,
- przedstawienie zawodowej części załogi,
- sprawy porządkowe,
- podział na wachty itd.
Nikt nie narzekał ale w większości oczu
widziałem "PIĆ, PIĆ, PIĆ!!!". I tak wytrzymaliśmy
do kolacji.

Wieczorem trochę luzu. Spacer po
bulwarze, rozświetlone knajpki, gwar,
przyjemność wdychania ciepłego
powietrza, litr lodowato zimnej coli
wypitej zaraz po zjedzeniu czekoladowego
loda. I nawet zmęczenie jakoś odeszło mimo,
że w perspektywie była pobudka przed
czwartą, na trapową wachtę.

Nie tylko mi nie chciało się spać. Po statku
przechadzały się grupki nowo zamustrowanej
załogi. W rękach schematy takielunku
a w oczach widoczne mimo zmroku przerażenie
- to jest nie do ogarnięcia!

Uznałem, że najlepiej będzie mi się
uczyć gdy będę innym objaśniał,
tzn. "pokazywał i objaśniał" (kto w wojsku
był to zna ten zwrot). Tak więc sam niewiele
wiedząc o żaglowcu, pokazywałem to i owo,
objaśniałem co i jak. I tak powoli w gęstwinie
lin zaczęło się przejaśniać.
A zmrok zapadł.

Rozsądek zagonił mnie w końcu do koi
ale jeszcze długo wentylator tuż
nad głową nie pozwolił mi zasnąć.
Wrażenia całego długiego dnia też
miały w tym swój udział.

6 lis., pt.

Snu było wszystkiego może dwie godziny
i zaczął się kolejny dzień. Dzień wypełniony
po brzegi szkoleniem.

Od końca:
- liny (temat po drodze już rozpoznany),
- wcześniej wchodzenie na reje i klarowanie żagli
- a na początku wodowanie i wyciąganie pontonu

Wchodzenie na reje było całkiem całkiem
ekscytujące i przyjemne. Natomiast dość
wymagająca była praca przy pontonach.
Kręcenie w słońcu po wielokroć korbą
kabestanu  było męczące, nie ma co.

A, jeszcze coś, po drodze było szkolenie
bezpieczeństwa. I tak dzień zleciał
zanim się człowiek obejrzał.

Pomijam takie atrakcje jak pierwsze
postawienie bandery, pierwsze bicie
szklanek, pierwsze sprzątanie rejonów.
Pomijam tez dość nietypowy widok
holowania, nie przez nas oczywiście,
dwóch okrętów podwodnych.
Tureckich, jak się później okazało.

Nie omieszkałem i tego dnia zakończyć
litrem zimnej coli. A co tam!

7 lis., sob.

Dłuższa wyprawa poza statek. Uczniowie
i trójka nauczycieli wybrała się na
rowerową wycieczkę po Maladze
i poza miasto. Rowery wypożyczone
w stosownej firmie a do tego przewodnik.
O historii miasta nawet nie będę próbował
pisać bo jest zbyt bogata by ją taki profan
próbował opowiadać. Ale obrazy pozostałości
po fenicjanach, grekach, rzymianach,
wizygotach, muzułmanach i kim tam jeszcze
ciągle mam w głowie. Do tego współcześniejszy
Picasso i najświeższy celebryta tu urodzony - Antonio.

Po powrocie spóźniony obiad. Po
obiedzie odpoczynek? A skąd!
Gra terenowa, to znaczy nie
terenowa a miejska. Lekko nie było.
Schodziliśmy kawał miasta a zadania
były wcale nie takie łatwe.

8 lis., niedz.

W końcu wypływamy. Nie z samego
rana ale w południe. Rano jeszcze
jakieś ostatnie przygotowania, spacer
po Maladze itp. Tak więc wypłynęliśmy.
Minęliśmy przy nabrzeżach trzy wielkie
wycieczkowce. Tak wielkie, że aż
brzydkie. Wieżowce na wodzie.

Pogodna cudna, ciepło, słonecznie,
lekki wiatr. Wiatr co prawda
dokładnie z kierunku ku któremu
mieliśmy płynąć ale co tam,
w końcu chyba się zmieni.

Przy wyjściu trochę fali, niezbyt
wysokiej ale akurat na tyle wysokiej
by młodzież urządzała sobie podskoki
na pokładzie. Ale radości! No i oczywiście
okrzyki, że to nie takie straszne, że
może nie będzie choroby morskiej...
Ta jednak przyszła i to jeszcze
przed postawieniem żagli.

Ja mam ten przywilej, że nie choruję.
Czasem lekkie mdłości ale na tym się
kończy. "Dzieciakom" natomiast radość
minęła dość szybko. Rozpoczęło się
przypinanie do relingów i, co tu dużo
ukrywać, zwykłe rzyganie. Trzymając
się zasady, że na chorobę najlepsza jest praca,
kapitan zarządził stawianie żagli a wcześniej
dwukrotne brasowanie.

Można było wejść reje by uwolnić żagle
z portowego klaru. Trochę bardziej
wymagające zadanie niż w porcie bo
przy rozkołysie a do tego na samą górę.
Nie chwaląc się, tzn. chwaląc się, od
razu wlazłem na trumsreję. 37 metrów,
12 pięter. Na górze już nieźle buja a
to tego punkty oparcia na maszcie wąsko
rozstawione więc było ciekawie.

Cała operacja stawiania żagli trwała
dość długo choć nie potrafię powiedzieć
ile czasu. Do wieczora. Inaczej to wygląda
niż na małym slupie. Potem zmęczeni
położyliśmy się spać. Nie wszyscy bo wachta
została. Mi przypadło troszkę snu ale przed
czwartą trzeba było wstać na wachtę.

Nastał pierwszy dzień ze szkolną nauką.
A ten pierwszy chyba był najtrudniejszy.
Blady nauczyciel próbujący zachować
trzeźwość umysłu, uczniowie z głowami
na blacie, oczy zamknięte - by tylko nie
czuć rozdźwięku między tym co czuje
ciało a tym co widzą oczy. Później na
szczęście było już lepiej.

9 lis., pn.

Dzień miał być rutynowy. Zajęcia szkolne,
wachty itp. Ale był całkiem niezwyczajny
połów. Za rufą Chopina zwyczajowo
ciągnięty jest hak z przynętą.
No i już na początku rejsu złapał
się niezły okaz. Tuńczyk 55-60 kg.
Na tyle duża ryba, że nie dało się
jej wyciągnąć bezpośrednio na pokład
ale trzeba było zwodować ponton,
a jeśli ponton to to i zrzucić żagle,
a jeśli tak to była okazja do zrobienia
ćwiczebnego alarmu MOB. A więc
przerwa w lekcjach.

Pierwszy raz widziałem taką rybę.
Piękna. A przez to, że piękna to
i widok smutny. Życie!

Moje podręczne laboratorium
młodego fizyka, które zabrałem na
lekcje przydało się też do innych
celów - udało się naprawić oświetlenie
wskaźnika steru. Jak to dobrze mieć
trochę narzędzi ze sobą!

c.d.n.

Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

124,444 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2017 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.