25 Wrzesień 2017 17:30
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Chopin cz.3

Tak więc 15 listopada zacumowaliśmy
w Barcelonie. Stanęliśmy tuż obok deptaka,
a obok deptaka kawał zielonego trawnika
obok którego kino. No a naprzeciwko
marina dla luksusowych jachtów (nasza część właściwie też) a na drugim naprzeciwko
port dla jachtów mniejszych. Ładne miejsce.

Zacumowaliśmy zwyczajnie - cumy,
szpringi odbijacze. Piszę o tym dlatego,
że stojące przy nas, też wzdłuż nabrzeża
wielkie jachty miały dodatkowo muringi.
Tak napięte by broń boże odbijacze nie
dotknęły nabrzeża! No ale takie dopieszczone,
wypolerowane kadłuby wymagają i warte
są najwyższej uwagi. No i tknęła mnie myśl
"jakiż ten Chopin mały!". A przecież to
całkiem spory bryg.

Przyszło nam pierwszy raz klarować
żaglowiec na portowo. A więc rejowe żagle już
nie tylko przewiązane sejzingami ale
wciągnięte na reje, ciasno i równo upchnięte
w kieszeni itd.

Kapitan raczył skomplementować naszą
pracę uprzejmym "jak na pierwszy
raz bardzo dobrze". Ale jeśli do tego
dołączymy tak samo uprzejme potakiwanie
oficerów to załoga stała się
bardzo ukontentowana.

W międzyczasie zrobił się wieczór
i najlepsze co można było zrobić to przejść się
trochę po marinie i zajrzeć do Barcelonetty
by zjeść coś niestatkowego i wypić
coś niestatkowego. Spacer po kei
zaskakiwał na przykład widokiem jachtów
unoszących się wręcz nad wodą niż na
wodzie. Nawet nie wiedziałem, że aż
taką dodatkową pływalność można mieć
dzięki fotonom. Człowiek to nie wie
jakie siły drzemią w naturze!

W Barcelonetcie znaleźliśmy dość szybko
knajpkę, która wydała się zachęcająca.
Trochę marynistycznych akcentów na
ścianach, dużo tapas, stoliki możliwe do
zsunięcia było "tym co tygrysy lubią
najbardziej". Nie będę opisywał uroków
tego wieczora bo przecież niemożliwe
jest oddać jego atmosferę anie też
niemożliwe jest zapamiętanie
wszystkich opowieści i anegdot. A poza tym
po co je zapamiętywać, skoro przy
następnej okazji mogą być powtórzone
i bawić jeszcze lepiej? Tak więc było
po prostu znakomicie i tyle.

Chyba następnego dnia, nie pamiętam
dokładnie, pojawili się na Chopinie
goście. Armator i ekipa do naprawy
klimatyzacji. Nam klima potrzebna raczej
nie była choć pod pokładem bywa bardzo
gorąco ale już następnej zmianie szkoły,
która płynie na Karaiby bardzo się przyda.
Czas postoju w Barcelonie był więc
uzależniony także od efektów pracy
przy naprawach.

Wybraliśmy się na wycieczkę wiadomo
dokąd. Do Sagrada Familia. To chyba
żelazny punkt zwiedzania miasta.
Ale żelazne atrakcje to jedno a sam
spacer po mieście to drugie. To wielka
przyjemność się przejść, powdychać zapachy,
posłuchać gwaru, zobaczyć ulice. Wręcz
chyba lepsze niż to pierwsze.

Nasza grupa miała tym razem swój
koloryt. Pomarańczowy sygnałowy.
Jedną z kar za statkowe przewinienia
jest udanie się na wycieczkę w stroju
wzbogaconym o pas ratunkowy. Dwie
dziewczyny dostąpiły tej przyjemności.
Wzięły to na klatę i bez narzekania,
ze wsparciem grupy udały się "na miasto".
Nie zauważyłem by ktokolwiek zwrócił
na to uwagę. W takim kolorowym
mieście takie drobiazgi nikogo
nie dziwią.

Przed kościołem czekały nas niespodzianki.
Stanęliśmy pokornie w nauczycielskim gronie
w kolejce po bilety dając młodzieży trochę
wolnego czasu.  Pierwsza niespodzianka - kolejka
do kas była w 90% ukryta. Dopiero po pół
godzinie ukazywała się jej struktura. Długa,
po wielokroć zakręcona, kompaktowa. Po
kolejnej godzinie docieramy do kas.
Niespodzianka druga - by kupić bilet
dla grupy "nieletnich" potrzebna jest
oficjalna lista potwierdzona przez
dyrektora szkoły itd. Na coś takiego
nie byliśmy przygotowani. Nie wchodziła
też w grę zagrywka z wujkami, ciociami,
siostrzeńcami, bratankami.
Za mało było "wujków" i "cioć".

Innymi słowy fiasko. Tego dnia świątyni
nie zwiedziliśmy. Pozostało udać się ku
innemu dziełu Gaudiego - parku Guell.
Tu obyło się bez kłopotów a spacer
ulicami Barcelony, widoki na miasto
ze wzgórza plus relaks w samym parku
były samą przyjemnością.

Następnego dnia Sagrada Familia dała
się zobaczyć i od środka. Umyślnego ze
stosowną listą uczniów i odpowiednio
wcześnie wysłaliśmy po bilety by sterczeć
tam całą grupą. Dobrze, że nie
zrezygnowałem z wizyty we wnętrzu bo warto
było to zobaczyć! Gra kolorów światła
z witraży, różne odcienie kamienia,
strzelistość konstrukcji, nietypowe detale.
Naprawdę przepięknie.

Można by jeszcze trochę poopowiadać
ale to może przy innej okazji, na spotkaniu
w klubowym gronie. Barcelonę opuściliśmy
18 listopada. Tym razem wiatr nam
sprzyjał i fordewindem pożeglowaliśmy
w stronę Malty. Z racji kursu trochę
nas bujało w te i wewte więc prowadzenie
lekcji bywało utrudnione bo chwilami rzucało
nami po klasie jak workami kartofli
ale żeglowało się pięknie.

Egzamin z olinowania wszyscy już zdali
więc przyszedł czas na zdobycie kolejnych
umiejętności. Tym razem były to węzły.
Niewiele osób wśród załogi szkolnej miało
kontakt z żeglarstwem więc dla sporej
części wiązanie lin było sporym wyzwaniem
no i niezłą zabawą. Niech ja sobie przypomnę
jakie to były węzły...

  1. knagowy
  2. buchta
  3. szotowy
  4. bramszotowy
  5. ratowniczy (z ręki, i wokół siebie)
  6. prosty
  7. płaski

Chyba jeszcze coś ale nie pamiętam.
W każdym razie był taki czas, że wszyscy
chadzali po pokładzie i pod nim z kawałkami
linki. Tak więc droga upływała na
zajęciach szkolnych, wachtach, uczeniu się
węzłów i paru dodatkowych atrakcjach
jak alarm pożarowy, wyciąganie kolejnego
sporego tuńczyka, ekwilibrystycznym
(z powodu bujania) jedzeniu posiłków
i innych żeglarskich przyjemnościach.
Fantastycznie.

23 listopada wpłynęliśmy do Valetty na Malcie.

23-24 listopada Malta

Malta robi od początku duże wrażenie.
Już widok od strony morza jest niesamowity.
Historyczne warowne mury od razu dają znać,
że działo się tu dużo, oj dużo.

Jakoś przyszła myśl by porównać Maltę
z Bornholmem. Wyspy prawie porównywalne,
choć Bornholm powierzchniowo prawie
dwa razy większy. Obie strategicznie położone,
choć Malta bardziej. No i na tym wspólne
cechy się kończą bo Malta ma z dziesięć
razy więcej mieszkańców co oznacza
dwadzieścia razy większą gęstość zaludnienia.
Każdy skrawek ziemi jest wykorzystany
albo pod zabudowę albo pod uprawy.
Tu południowo, słonecznie, pastelowo
a na Bornholmie północno, surowo.
Tu budynki kamienne a na Bornholmie
dużo drewna. Tu kościoły na każdym kroku,
tam protestancki umiar. Ale i jedna
i druga wyspa przepiękna.

Tak się jakoś zdarza, że stajemy obok
tzw. superjachtów. No i przedziwne
to wrażenie gdy ŻAGLOWIEC wygląda
jak łupinka przy tych "motorówkach".
Spójrzcie zresztą sami.

Myślę, że całkiem na miejscu byłby
ustawowy obowiązek (wzmocniony prawem
międzynarodowym) sponsorowania przez
właściciela takiego jachtu chociaż
jednego klubu żeglarskiego. Podejrzewam,
że cena jednego kabestanu to remont
całej naszej Kookaburry!

I jeszcze a propos superjachtów to
widziałem dziś słynnego Maltanese Falcon
(Sokoła Maltańskiego). Zobaczyłem
za wzgórzem dziwne reje więc się wdrapałem
na to wzgórze, potem na mur by w końcu
dojrzeć w stoczni stojący jacht.
Niezwykle robi wrażenie! Ta konstrukcja
nie ma żadnych want! wolno stojące
maszty o wysokości 58 metrów! Trochę
informacji na jego temat można znaleźć
w internecie.

 

Wiedząc, że jednym z maltańskich języków
urzędowych jest angielski oczekiwałem
nieco bardziej zangielszczonego miejsca.
Nic z tych rzeczy. Język maltański ma
pochodzenie wschodnie, semickie, brzmi
więc całkowicie obco. Co prawda posługują
się alfabetem łacińskim (z wieloma ogonkami,
kropkami, kreseczkami) ale na przykład
brzmienie nazw miejscowości, ulic jest
w wielu wypadkach nie do powtórzenia.

Objechaliśmy wyspę wycieczkowym piętrusem,
obeszliśmy wiele miejsc, nasyciliśmy
oczy widokami, nasłuchaliśmy się ulicznych
grajków... Mam zamiar tu kiedyś wrócić.
Jutro chyba wypływamy. Dokładnie nie
wiemy o której bo około południa ma się rozwiać
nawet do 40 węzłów więc może wyjdziemy
dopiero jak się wywieje. A poza tym trzeba
będzie chyba wdziać sztormiak i kalosze
bo ma padać.

26 listopada

Próbka wiatru już była nocą. Trzeba było
wstać, przebrasować, założyć dodatkowe cumy
bo nieźle nas przesunął wiatr. A rano pogoda
już taka sobie. Front chłodny. Na razie stoimy,
może do popołudnia...

No a potem zaczęło się! Rozwiało się miejscami
do 40 węzłów i trzeba było jakoś ratować
sytuację. Wiatr spychał Chopina na sąsiedni
jacht. Staliśmy rufą do kei, cumy dziobowe były
prawie wzdłuż osi statku więc pracowały bardzo
słabo mimo naprężenia do granic możliwości.
Patrzenie na te cumy było okropne. Już
widzieliśmy jak się zrywają a nasz bukszpryt robi wielką
dziurę w Planie B (tak się nazywał sąsiedni jacht).
Na szczęście jacht po nawietrznej (Samar)
pozwolił nam się do siebie przypiąć. Problemem
były tylko cumy, których już nie mieliśmy.
Naturalnym adresatem prośby był Plan B bo
albo nam pożyczą albo będzie "plan b" - nasz
bukszpryt w ich salonie. Nie mieli jednak.
Na szczęście dalsi sąsiedzi mieli i pożyczyli.
Koniec końców dodatkowe cumy a właściwie
bresty zostały obłożone i można było odetchnąć. Uff.

Popołudniu wiatr uspokoił się trochę i mogliśmy
odpływać. Niestety okazało się, że musimy
złożyć deklarację celną, o czym nie wiedzieliśmy,
i przeciągnęło się wszystko do późnego
wieczora. A zanim wyszliśmy, zanim postawiliśmy
trochę żagli to minęła północ a alarm
manewrowy skończyły się o 1:30.

Teraz już jest południe i płyniemy ku Grecji.
Wiatr sztormowy, 40 węzłów, na masztach
tylko fokmarsel i trzy kliwry a i tak mamy
ponad 10 węzłów. Wiatr z baksztagu więc
nie jest źle, tylko kołysanie raczej nieregularne.

Wczoraj, z powodu opóźnienia z wyjściem
mieliśmy okazję zrobić jeszcze małą wycieczkę
do Valletty a dokładniej do katedry św. Jana.
No i wcale to nie była kolejna z barokowych katedr,
oj nie. Jest niezwykła. Barok tak, ale inny,
trochę orientalny. A do tego obrazy Caravaggia,
który tu spędził ostatnią część życia.
Kilkusetletnie chorały. Bomba. Tym bardziej trzeba
myśleć o ponownej tu wycieczce.

A więc teraz w stronę Pireusu.

c.d.n.

Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

124,449 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2017 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.