20 Wrzesień 2017 15:13
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Chopin cz.4 ostatnia

 

28 listopada

Już po dwóch dobach żeglowania
mieliśmy na trawersie Peloponez.
Zrobiliśmy zwrot i teraz na północ
do Pireusu. Cały czas pięknie wieje.
Mieliśmy nawet ósemkę przez jakiś
czas co jest pewnym ewenementem
podczas tego rejsu.

Zszedłem przed chwilą ze steru,
gdzie stałem trzy godziny mając
niezłą frajdę z tego zajęcia.
Jesteśmy osłonięci półwyspem
od fal więc nawet te czterdzieści
węzłów wiatru nie przeszkadza.

Pojawił się zasięg więc ciągnęły
dziś sznury załogantów na pokład ze
wzrokiem wlepionym w ekrany.
Ci bardziej niecierpliwi wspinali się wyżej
albo wkładali telefony do woreczka
i wciągali wyżej by ściągnąć esemesy
lub maile.

"Drugi" ma dziś urodziny. Spotkało go
więc to, co każdego jubilata,
czyli odśpiewane "sto lat" a do tego
gruntowne oblanie z węża strażackiego.
Muszę się jeszcze zapytać czy to taka
niebieskoszkolna tradycja czy bardziej
ogólna.

Zaraz mam lekcję. To trudniejsze
zadanie niż mi się wydawało!
Po pierwsze młodzież otumaniona
jest brakiem snu, kołysaniem, czasem
morską chorobą. A po drugie
nauczycielowi tzn. mi też nie jest
łatwo się skupić. Jak jeszcze
dołączyć do tego fakt, że czasami
trzeba prowadzić lekcje siedząc
na podłodze (co tylko pozornie
wygląda atrakcyjnie) bo zjeżdża
się z ławek. Trzymać tablicę na
kolanach. Łapać turlające się flamastry
albo turlających się uczniów, to
uczestniczenie i prowadzenie lekcji
w takich warunkach  okazuje się
być sporym wyzwaniem.

29 listopada

No i coraz bliżej Pireusu. Piękna pogoda,
świeci Słońce, ciepło akurat by
przywdziać nawet t-shirt. Ależ miło
popatrzeć na jasne, prawie białe
w słońcu, zabudowania Aten. Wiatr
zelżał i bardzo spokojnie weszliśmy
do portu. Tzn spokojnie do czasu bo
i tu cumowaliśmy wśród luksusu
a miejsca wcale nie było dużo więc
i spokój pełen napięcia.

Rufą do nabrzeża, z burtami obłożonymi
odbijaczami zacumowaliśmy
między dwoma "motorówkami" klasy lux,
którym mogliśmy zaglądać w okna
(no bo trudno to nazwać bulajami).
Wygląda na to, że będzie można nawet
pooglądać "na sępa" telewizję.

Po zacumowaniu jak zwykle trochę
pracy na pokładzie. A przy okazji pracy
na rejach z dużą przyjemnością
można było popatrzeć na panoramę
miasta. I tak upłynął czas do obiadu.

Potem większa część załogi pobiegła do
miasta, tzn do Aten. Zostało parę
osób, którym przypadła wachta trapowa.
Między innymi i ja zostałem.
Przed wachtą jednak miałem ponad
dwie godziny by poszwendać się po
okolicy. Zawsze sprawia mi dużą frajdę
obejrzenie jachtowego nabrzeża. Tak
było i tym razem.

Tak więc pochodziłem po kejach wśród
jachtów a także wśród spacerowiczów,
którzy przyszli by spędzić tu niedzielne
popołudnie, coś zjeść lub wypić.
W marinie jest całe mnóstwo kanajpek.

Zawędrowałem też do mniej
reprezentacyjnej części jachtowego
portu. Już nie tak luksusowo. Jachty
normalniejsze, duża grupa trenujących dzieci
na optymistach, tak samo dużo młodzieży
na laserach. I pomyśleć, że u nas
raczej po sezonie i tylko najbardziej
zatwardziali jeszcze gdzieś trenują.
Tu tak ciepło, że nawet nie wszyscy
mieli pianki na sobie.

Byłem też dalej, gdzie przy pomostach
wyglądających gorzej niż nasz klubowy nad
Jamnem, było jeszcze bardziej klimatycznie
bo tu rozłożyli się wszelkiej maści pasjonaci,
zdecydowanie mniej zamożni lub mniej
zdeterminowani i którzy próbują remontować
stare i starsze jachty.

A tak poza tym całkiem przyjemnie
było pobyć przez chwilę samemu.

 

30 listopoda

 Wycieczka na Akropol. Nie mogło się
bez niej przecież obejść. Byłem już
kiedyś ale tym razem było przyjemniej
bo zdecydowanie mniej tłocznie
i nie tak gorąco. Chcąc trochę
pospacerować po mieście zrezygnowałem
z wizyty w nowym muzeum Akropolu.
Powinienem żałować bo jest
podobno znakomite. Trudno, nie da
się wszystkiego zobaczyć. Ulice wokół
wzgórza też były tego warte. A baklawa
zakupiona gdzieś na rogu była wspaniała!
Oczywiście aż łaskotało w gardle od
słodyczy ale taka ona musi być!

Kupiłem trochę pocztówek by wysłać
tradycyjne pozdrowienia ale z kupnem
znaczków były niejakie kłopoty.
W kiosku nie było a na poczcie kolejka.
Taka cywilizowana, z drukowanymi numerkami.
Tyle tylko, że zaraz się zorientowałem
jak wygląda obsługa klientów. Niespiesznie!
Po kwadransie dałem sobie spokój.
W którymś kolejnym kiosku znaczki już mieli.

Wieczorem były andrzejki. Komitet
organizacyjny stanął na wysokości zadania
i zabawa była fajna. Oprócz tradycyjnych
wróżb trochę gier towarzyskich jak "krowy
do obory", "załogi do czołgów", "pif-paf"
i co tam jeszcze. W gonitwie do czołgów
spisaliśmy się z Piotrem całkiem nieźle
bo przegraliśmy dopiero ścisły finał.
Stary człowiek a może!

Przy tej okazji andrzejek kuk pozwolił
na trochę swobody w kambuzie.
Jak wiadomo powszechnie, najlepsze
imprezy są w kuchni. Tak więc
robienia sałatki owocowej (z galaretką!)
było okazją do kupy śmiechu.
Uwielbiam galaretkę!

1 grudnia

Kolejny dzień poświęciliśmy na
autokarową wycieczkę na Peloponez.
Trasy i atrakcji nie będę opisywał ale
był Korynt, Mykeny, Nauplion, Epidauros
a do tego dużo przepięknych widoków
z okien autokaru. Świetna była
przewodniczka. Energiczna, sypiąca
anegdotami, z opanowaną do perfekcji
mitologią. Słuchało się jej znakomicie.

Gdzieś po drodze był posiłek ale
to była raczej wpadka bo nie wszystkim
odpowiadała całkiem nietania restauracja.
Nic innego w pobliżu nie było. Oprócz
sadów pomarańczowych. Nie omieszkaliśmy
ich skubnąć trochę uzupełniając obiad,
bynajmniej nie pakując pomarańczami
całych plecaków - zachowaliśmy resztki
kultury.  Pewną rozrywkową atrakcją
restauracji było menu po polsku.
Tłumaczenie z googla więc było
parę komicznych perełek jak "kotlety
z Ciekły Ser i pomidor na piekarnik".


Kanał Koryncki


W Mykenach

2 grudnia

I znów w drodze. Po kilku dniach na
lądzie trzeba wrócić do rytmu morskiego.
Na koniec pobytu w Grecji zakupiliśmy
na statek trochę prawdziwej fety,
prawdziwej oliwy i innych przysmaków.
Ale będą kolacje!

Mam teraz więcej godzin z przedmiotów,
które nie są moją domeną. EdB i PP.
Ojoj! Jak to dobrze, że na PP jest Zosia,
która z zainteresowaniem słucha o pieniądzu,
inwestycjach, podatkach, ubezpieczeniach,
aktywach i pasywach! Mam dzięki temu
motywację by się do zajęć dobrze przygotować.
Bez tego byłoby mi trudno. Nie moje to klimaty.

3 grudnia

Kolejny tuńczyk załapany. Najbardziej
smakuje mi na surowo, w formie tatara.
Pycha.

5 grudnia

 Ponownie mamy drugą wachtę.
Od niej zaczęliśmy ten rejs. Tej wachcie
przypada poranne czyszczenie mosiądzów
i waterwajsów. Po kilku podejściach
znajduje się już właściwą drogę do
osiągnięcia doskonałego refleksu o miodowym,
że tak powiem, odcieniu. Niby każdy
stosuje tę samą pastę "Turbo" ale każdy
ma nieco inną na to procedurę. Dziś
przypadł mi dzwon. Ależ zaświecił
we wschodzącym Słońcu!

6 grudnia

Morski rytm oznacza, że nim się człowiek
obejrzał a już minęły cztery dni
od opuszczenia portu. Kierujemy się
w stronę Włoch, na Sycylię.
Kiedy dotrzemy nie wiadomo.
Wiatru brak!

Dziś Mikołajki. W sumie fajny dzień.
Dzień wolny od zajęć szkolnych
ale innych zajęć było wystarczająco
chyba na dwa dni a nie jeden dzień.
Rano, przy śniadaniu były prezenty,
które robiliśmy sobie nawzajem zachowując
przykładnie tajemnicę (nie do końca
rzecz jasna). Kuk też sprawił
niespodziankę bo były świeże bułeczki
i nutella. Nastrój był przeradosny.

Był wykład kapitana z astronawigacji.
Tyle tylko, że skoro ja musiałem być
uważny by nie zgubić wątku to co
dopiero uczniowie. Po minach widać było, że
niektórzy odpuścili sobie ale też i na
niektórych twarzach widziałem
zawziętość. Brawo!

Potem były przygotowania do wieczornych
konkursów. A były to wachtowe
piosenki i konstrukcje mostowe z makaronu
i taśmy samoprzylepnej. Ale przed
samym konkursem jeszcze wykład
Kaśki ze świateł nawigacyjnych.

Zmęczenie długim dniem odbierało mi
już chęci na konkursy. Na szczęście
atmosfera radosnej rywalizacji
zmęczenie rozproszyła. Swoją piosenkę
odśpiewaliśmy w miarę składnie. Było
i o gorącej herbacie na wachcie,
i o grzankach i paście "Turbo"
wspomagającej polerowanie.
I dowiedziałem się jeszcze przy
układaniu piosenki, że na południu
Polski "kielnia" może oznaczać kieszeń!
Możliwe to?

Wyniki konkursu na piosenkę ogłoszono
dopiero rano następnego dnia.
Nasza piosenka była druga, wspólnie
z Pierwszą a pierwsza była Trzecia.
Zresztą nieważna kolejność. Pierwsze
miejsce trzeciej wachcie się należało
zwłaszcza, że nawet melodię mieli
oryginalną. "Pompuj brasa, hej,
wybierz szota, hej" wpadało znakomicie
w ucho. Pierwsza poszła
na całość. Ułożyli chyba szesnaście
zwrotek, których wyśpiewanie
zajęło im... kilkanaście minut.
Audytorium poczuło się już znużone,
a przecież tak się już chciało spać!

Przyjemny akcent był na sam koniec dnia.
Nasz most ze spaghetti i taśmy
samoprzylepnej zwyciężył w konkursie.
80 cm rozpiętości, 8 cm szerokości.
Wytrzymał siedem kubków wody wlanych
do podwieszonego wiaderka.
Giął się, trzeszczał, ale trwał. Drugi
most zapadł się przy czwartym kubku.
Trzeci projekt nie zdołał wyjść poza
fazę koncepcyjną i masywny prototyp
jednego dźwigara, pół kilo makaronu,
odpadł w przedbiegach.

8 grudnia

 Wczesnym rankiem przeszliśmy Cieśninę
Messyńską. Po drodze Etna  pokazała nam
dymiące oblicze i stanęliśmy na Sycylii,
w Milazzo.

Trochę było kłopotów z cumowaniem.
Zerwany muring, kombinowanie
zastępczego itp. A poza tym marina
raczej dla mniejszych jachtów więc
pływające pomosty aż trzeszczały
od naszych cum. Za to w końcu jakaś
swojska atmosfera. Port skromny ale
i  bardzo ładny. Jachty stojące
obok były zdecydowanie mniejsze
niż w Valettcie czy Pireusie. Na ich
tle Fryderyk prezentował się okazale.

Ciekawa rzecz ze sklepami. Otwierane
są czasem o dziwnych porach,
na przykład o 19! W świąteczny wieczór
(a był to właśnie taki) szczególną
popularnością cieszą się podobno
sklepy z ciuchami. A to ciekawe.
Ja do nich nie zaglądałem. Poprzestałem
na kupnie jabłek, gruszek i żelków.
Oczywiście porcję lodów też zjadłem.
Espresso także wypiłem. No i nie
omieszkałem zjeść pizzy. Wybraliśmy się
na nią do niewielkiej pizzerii większą
grupą. Smakowało wybornie.

Już następnego dnia opuściliśmy
Milazzo. Poranny apel przy banderze
i szybkie opuszczenie portu. Miał
być krótki etap do kuźni Hefajstosa,
na Volcano albo Lipuri. Wybraliśmy
Lipuri z powodu... poczty. Parę osób
miało to i owo do wysłania. Także
paczki, bo zakupy zaczęły zagrażać
limitowi bagażu w samolocie.

Przemieszczenie się ku Wyspom
Eolskim było faktycznie szybkie ale za
to cóż za zderzenie z południową
mentalnością! Najpierw nie chcieli nas
przyjąć do mariny z powodów bliżej
nieokreślonych. "Bo ten jacht to
przecież statek". "Za duży". Po długich
negocjacjach z wysłanym na ląd
desantem okazało się, że wcale
jednak nie taki duży i swobodnie
mógłby wejść. Nawet miejsce zostało
przez desant wybrane i wskazane,
by "hafenmeister" nie musiał się kłopotać.
No ale pierwszy decydent musiał
zapytać swojego kierownika o zgodę,
ten z kolei kolejnego kierownika,
a ten musiał się odwołać do
jakiegoś szefa wszystkich szefów.

Łańcuszek zatrzymał się na tym ostatnim,
którego nie można było zlokalizować.
Komórka też nie odpowiadała.
Dryfowaliśmy się więc przy porcie kilka
ładnych godzin aż z wieczora.
A potem... stanęliśmy przy wyspie na kotwicy.
Perspektywa wspaniałego popołudnia
i wieczora w uroczym Lipuri
zredukowała się tylko do wieczora.
Przynajmniej kotwicowisko było
malowniczo położone.

Miasteczko faktycznie jest urocze.
To znaczy w nocy jest urocze bo za
dnia nas tam nie było. Ależ musi być
w nim rejwach w sezonie!
Na wyspie mieszka ok 11 tys. osób
a w sezonie liczba rośnie podobno
do 200 tys.

Wróciłem szybko, pierwszym powrotnym
pontonem. Na szukanie Hefajstosa
nie było już sił. Zmęczyło mnie to
bezczynne czekanie na redzie. A poza
tym w koi czekało na mnie 81:1 - książka
o Wyspach Owczych. Zbyt ciekawa
by nie wykorzystać wolnej chwili na lekturę.

10 grudnia

 Co za dzień! Udaliśmy z powrotem na
Sycylię by podebrać z lądu Michała.
Jeszcze jednego załoganta z ekipy
technicznej. Niby niedaleko ale wiatr
raczej w gębę i na dodatek właśnie
przechodził chłodny front i co rusz
mieliśmy przelotny deszcz. Pada
i chłodno więc ubierasz sztormiak.
Rozgrzewasz się przy linach więc
się pocisz. Przychodzi deszcz więc jesteś
mokry nie tylko od środka ale i od
zewnątrz. Czyli jedynie wewnętrzna
struktura sztormiaka sucha.

To był dzień z największą ilością alarmów.
Dłoni nie czuję. Za to czuję mojego
zwichniętego przed rejsem palca.

Michała podjęliśmy jakoś w nocy. Ale
z niego gaduła! Ale też i omnibus.
Ale nie będę cytował bo sporo wstawek
musiałbym wykropkować lub
wstawić radiowe "piiii".

11 grudnia wieje.
12 grudnia przestało wiać.

13 grudnia

 Normalnie zajęcia i wieczorny
turniej-egzamin wiedzy żeglarskiej.
Zajęcia szkolne idą mi chyba nieźle.
Tyle, że cały czas cierpię z powodu
"fakulatatywnych" dla mnie przedmiotów.
Ale staram się, a jakże.
Na EdB zdarza mi się pójść w znane
mi lepiej uliczki - a to siłownie jądrowe,
a to prąd elektryczny. Na PP gorzej,
ale przynajmniej dowiedziałem się
jaka jest różnica między pożyczką
a kredytem i że obligacji rządowych
jest kilka rodzajów. Wiedza tyleż
praktyczna co zupełnie mi nieprzydatna.
Środków na pozabankowe formy
inwestowania przecież mi brak!
Na bankowe i rzeczowe formy też.

Wieczorem daliśmy czadu na konkursie
z wiedzy żeglarskiej. Zwyciężyliśmy!
I to całkiem wyraźnie. Obraliśmy
dobrą taktykę - pytania o średnim poziomie
trudności i średnio punktowane.
Już po konkursie sprawdziliśmy jakież
pytania były za trzy punkty.
Popłynęlibyśmy niechybnie. Jak to dobrze,
że nie daliśmy się namówić Oli, która
co rusz chciała spróbować tych
trudniejszych pytań.
Ryzykantka jedna!

14 grudnia

 Czyżby do rejsu wkradła się rutyna?
Dni upływają a ja jakbym miał coraz
mniej do opisywania! A może to
zmęczenie? Nocny alarm do stawiania żagli
dał się wszystkim we znaki. Przez
wczorajsze popołudnie i noc płynęliśmy
na silniku bo wiatru nie było wcale.
Pod koniec naszej wachty (0000-0400)
rozwiało się nieźle i kapitan wiedziony
nadziejami (płonnymi, jak się okazało)
nakazał postawienie żagli.

Po godzinie i kwadransie pracy w deszczu 
wszystkie żagle się wypełniły wiatrem.
Tyle tylko, że potem pracowały półtorej
godziny i znów opadły smętnie bo wiać
przestało. Wachta dłuższa o półtorej
godziny, sen krótszy o tyle samo. A potem
przed lekcjami kolejny alarm. Tym razem
do żagli zwijania. No ale tak to jest.
Gdy piszę te słowa dzień się kończy
a my na motorku.


Rodzinny, rzec można, relaks.

W nocy ma być konkurs nawigacyjny.
Po czterech godzinach wachty mamy
określić jak najdokładniej pozycję.
Bez elektroniki. Pomiar prędkości "na pluje"
lub skonstruowanymi samodzielnie
"logami". Powrót do źródeł - sznurki i węzełki.
Niestety konkurs w nieco ograniczonym
zakresie bo przecież jedziemy na silniku.
Kluczem więc jest pomiar prędkości
i trafienie z szybkością i kierunkiem prądu.

15 grudnia

 Wygraliśmy konkurs! Co prawda nie
tylko dzięki naszej nawigacji ale
i fatalnemu błędowi konkurentów,
którzy "zarobili" 60 mil przez
"teleportację" na mapie
o stopień szerokości.

Na planie lekcji pojawiła się już na
końcu pusta kolumna! Innymi słowy
zbliża się koniec zajęć szkolnych
i koniec rejsu. Ciekawe kiedy dopłyniemy
do Malagi i czy będzie jeszcze chwila
by tam pospacerować. Wiatru
ciągle brak. Idziemy na silniku.
Cóż, następna szkoła nie będzie
przecież biwakować na kei a i my
przecież nie będziemy
wracać autostopem.

Właśnie usiał przy mnie Mikołaj (jestem w klasie).
Rzucił: "tęsknię za domem" i zajął się swoimi sprawami.

16 grudnia

 W nocy była mgła. Gęsta. Chyba przez
dwie godziny płynęliśmy z dźwiękiem
tyfonu co minutę. Ależ to głośne!
Daje nie tylko po uszach ale i po trzewiach!
Do tego przenikliwy chłód włażący pod sztormiak.

Dokładnie gdy przyszli na pokład nasi
zmiennicy mgła się nagle rozpłynęła,
jak na ich zamówienie.

17 grudnia

 Kolacja. W mesie jest toster. Jeden na osób
dwadzieścia cztery. Tak więc kolejka,
pilnowanie, pokrzykiwanie.
Wesoła zabawa. Dziś Ada wprowadziła
w życie pomysł racjonalizatorski. Lista
pisemna na tablicy z kolumną dla
uprzywilejowanych - osób na wachcie.
System zdał egzamin. Kto pamięta
z osiemdziesiątych lat listy kolejkowe,
ich sprawdzanie co kilka godzin,
podpisy w kolejnych rubrykach?

Zauważyłem, że Peter znów coś
przygotowuje. Czyżby kolejny wykład
z oceanografii?! Strasznie się zawziął.
Ciekawe co tym razem. To co było
do tej pory trochę znudziło słuchaczy.
Ekstremalnie mała ilość wiadomośc
i rozciągnięta na ekstremalnie długi
czas. Co prawda dowiedziałem się,
że przejrzystość mierzy się dyskiem
Secciego, barwę skalą kogoś tam no
i że współczynnik załamania światła
zależy od zasolenia (co już taką
nowością nie było) ale to troszkę mało
jak na kilka godzin wykładów.

Przypomniała mi się zabawna sytuacja.
Peterowi była potrzebna do zajęć
dość precyzyjna waga. Było to jeszcze
w Valetcie. Szukał cały dzień po
sklepach, uruchomił jakieś znajomości
i nic. Wszystkie miały rozdzielczość
1 g a jedna, znaleziona w specjalistycznym
sklepie, miała dokładność lepszą
ale i swoją cenę - 450 EUR. Podzielił
się ze mną tym kłopotem. Cóż,
poszedłem do swojej kabiny i wyjąłem
z torby odpowiednią wagę i pożyczyłem.
Nie ma jak to odpowiedni zestaw
przyrządów zabrany ze sobą!
Ależ się zdziwił, gdy mu ją przyniosłem!

A poza tym to cały dzień na silniku.

18 grudnia

 19 stopni (powyżej zera).
Czyż to nie piękne?

W nocy postawiliśmy żagle.
Kurs gorszy ale za to na żaglach.
A ponadto... koniec zajęć
szkolnych. Niemożliwe. Już?!
Zakończyłem ulubionym przedmiotem:
PP. Uff. Ale z drugiej strony wiem,
co to jest spółka komandytowa.

Dziś na deser po obiedzie ogólna radość
- kuk wydobył świeże jabłka!
Czyli na koniec niespodzianki!
Już wczoraj była doskonała zupa rybna
i faszerowana papryka. Pycha.
Co prawda koleżanka obok nie omieszkała
zauważyć, że ona robi inaczej, lepiej,
smaczniej, dodaje to, tamto i owo.
Mi jednak bardzo smakowało TU i TERAZ.
Nawet takie uwagi nie popsuły mi smaku.

Myślałem, że tradycja wpisywania
się do pamiętników już raczej umarła
w dobie facebooków i innych portali,
a tu proszę, zwykły notes i długopis
ciągle ma swoją wartość. Ale dla mnie
też niemały kłopot bo trudno mi
przychodzi znalezienie tych kilku
adekwatnych zdań. Szkoda, że rejs
już się kończy. Upewniłem się, co
zrobić z wolnym czasem na ewentualnej
emeryturze. Działki nie będę raczej uprawiał!

19 grudnia

 20 stopni (powyżej zera).
Czyż to nie piękne?

Dziś dzień dla statku. Już po szkolnych
zajęciach. Wakacje, można rzec,
ale pracowite. Czyszczenie, malowanie,
olejowanie itd. A w międzyczasie
konkurs pływacki dookoła statku.
Skorzystaliśmy z zupełnej flauty. Tym
razem w konkursie nam nie poszło.
Inni pływali lepiej. Ale zabawa i tak
była świetna a woda całkiem...
chciałem napisać ciepła ale to chyba
byłby przesada. Była całkiem zdatna
do kąpieli. Nie było tak, byśmy
od razu wyskoczyli z wody jak oparzeni.
A skoro nawet ja, taki zmarźlak
nie wyskoczyłem od razu, to nieprawdę
nie mogło być źle.

20 grudnia

 A dziś już tylko pokonywanie ostatnich
mil i oczekiwanie na wejście do portu.
Trochę oczywiście zabawy przy klarowaniu
żagli "na portowo". Byłem czujny
przy wantach i wszedłem sobie na
grottrumsreję. Czujność była wskazana
bo nie tylko ja miałem ochotę na
sklarowanie najwyższego żagla. Wspaniały
widok z góry. Gładka woda, słoniecznie,
leciutka mgiełka, która zabarwiła
wszystko na błękitno (wiem, wiem, męskie
poczucie barw) a do tego delfiny
bawiące się przy statku. Dopiero w ten
ostatni dzień udało mi się na nie
popatrzeć do woli. Do tej pory nie
miałem szczęścia. A na sam koniec
bęc, taki spektakl!

0 16:30 jesteśmy w główkach portu.

Wieczór wolny? Nie! Kolejny konkurs.
Tym razem na przedstawienie na
motywach mitologicznych.

Bardzo się męczyliśmy nad znalezieniem
pomysłu. Ale nikt nigdy nie mówił, że
bycie twórcą to igraszka! Koniec końców
padło na bardzo luźną interpretację
dwunastu prac Heraklesa. Mateusz został
Mateklatesem i poszło. Twórcze męczarnie
nad pomysłem zajęły nam niestety dużo czasu
więc samo przedstawienie było mocno
improwizowane. Ale podobno było
zabawne.

Trzecia i Pierwsza była lepiej przygotowana.
Mit o Parysie i Helenie w wykonaniu
Trzeciej był zainscenizowany znakomicie.
Paweł jako  Parys, od noworodka do pięknego
młodzieńca, znakomity. Jak zobaczyłem
wchodzące na scenę owieczki pasterza Angelosa
to mało nie spadłem z krzesła.

Pierwsza wachta natomiast swoje swój poczet
bogów grackich (z wyraźnymi
aluzjami do życia pokładowego) zrobiła na
śródokręciu. Widownia amfiteatralnie na nawigacyjnej
a przedstawienie rozciągało się
od pokładu do platformy na grotmaszcie.

Z naszych prac Herklesa pamiętam,
że za skórę Lwa Nemejskiego robiła
czapka kapitana, za Hydrę Lernejską
robiły moje lekcje z PP, Za Byka
Kreteńskiego posłużył kawał chłopa -
trzeci oficer, stajnia Augiasza to
oczywiście zenza. Co tam jeszcze było...
Aha, zdobycie pasa Hipolity
to wyłudzenie od Kaczki jej pasa
asekuracyjnego, złote jabłka z ogrodu
Hesperyd to oczywiście jabłka
z magazynku kuka, Cerbera z Hadesu
zrobiliśmy z mechanika, no a za
trzodę Geriona posłużyła cała załoga.

Mimo, że zapadł już wieczór i zrobiła
się 2200 to jednak trudno było
nie wyskoczyć na spacer do miasta,
które było świątecznie przystrojone
i oświetlone. Brakowało jedynie
(jedynie?) kolęd.

21 grudnia

Prawie na koniec jeszcze zawody
sportowe na plaży. Nie oszczędzaliśmy
się! Wróciłem poobijany niemiłosiernie
i z bólami mięśni jak po solidnym
treningu. W spektakularny sposób
straciłem też koszulkę zerwaną ze mnie
podczas heroicznej obrony labiryntu.

Mimo bólu ciała nie mogłem sobie
jednak odmówić przechadzki bo ta pogoda
zupełnie rozbraja. Trudno się nacieszyć
słońcem i tym powietrzem. A ze
spaceru wróciłem tylko z powodu
obiadu. Tzn mógłbym "nabyć drogą zakupu"
jakąś kanapkę ale nie będę czynił
kukowi afrontu. Swoją drogą to zaskoczył
nas kilka razy. Jego gulasz był absolutnie
znakomity. Ryż z sosem truskawkowym,
ni stąd ni zowąd na dzień przed końcem
trasy, fantastyczny. Tatar z tuńczyka
smakowity. A co ciekawe nie przytyłem.

Znalazłem w porcie swojego rówieśnika.
Statek zbudowany w 1962. Ale
przed kilkoma laty wyremontowany
i przebudowany na luksusowy jacht.
Zupełnie jak ja - w sile wieku i ciągle
dobrze się trzyma.

A popołudniu przyszedł czas by się
pakować. Na statku pojawiły się nowe
twarze - zawodowcy na kolejny rejs.
Z załogą szkolną mijamy się jutro.
Jeszcze tylko rozdanie świadectw
i opinii rejsowych - uroczyście,
sympatycznie, miło. Potem jeszcze
zabrzmiały po wielokroć dzwonki bo
każdy chciał mieć nagrane ich brzmienie
i następujące po nich "dzień
dobry załogo, pobudka", "alarm do
żagli, załoga na pokład!" itp.

22 grudnia

 Zeszliśmy ze statku, wzięliśmy na
plecy swoje worki i torby.


Odeszliśmy na kilkadziesiąt metrów
i wtedy rozległ się donośny dźwięk
naszego statkowego tyfona.


Czy ktoś w takiej chwili mógł
pozostać niewzruszony?

Wspaniali ludzie, wspaniały rejs. Dziękuję!


Fot. www.3oceans.pl

Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

124,109 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2017 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.